Tak się od jakiegoś czasu zastanawiam, jak to jest być mega kretywnym człowiekiem, kobietą, matką i umieć zainteresować 3 latka… Z dnia na dzień obudziliśmy się w nowej rzeczywistości. W nowym świecie. W czasie, w którym wszystko stanęło do góry nogami, łącznie z organizacją życia codziennego.

Ja z dnia na dzień zostałam z dziećmi w domu na 2 tygodnie. (Edit: kiedy to piszę już wróciłam do pracy. Przynajmniej na jakiś czas. Na jak długo? Nie wiem. Właściwie to nic nowego… bo nikt nic teraz nie wie, i nikt nie może być niczego pewnym). Jakoś mnie te siedzenie na dupsku zbytnio nie obeszło, bo właściwie do połowy grudnia byłam w domu, kończąc macierzyński, ale dzieciaki te siedzenie w domu odczuwają bardzo. Szczególnie starszak. Na początku było nawet spoko. Byliśmy w stanie go zaiteresować różnymi rzeczami, zabawami, pogoda sprzyjała więc wychodziliśmy na podwórko, tak cenny ostatnio luksus. Jednak im dalej w las tym więcej drzew. Przyszły gorsze dni. Dużo gorszych dni 😉 I wtedy pczułam, że to chyba nie ja mam kryzys, tylko moję dziecię. A może jednak ja?

Zachowanie typowe dla trzylatka. I w tym momencie zwracam się do rodziców młodszych dzieci: TAK. Możecie się spodziewać właśnie takich akcji 😉 Dobra… to o jakich zachowaniach mówimy?

– Mamooooooooo jestem głodny.
– Co chcesz zjeść?
– Bułkę z serkiem.
No to matka zakasa rękawy, no bo przecież dzieć głodny! A nie zapominajmy, że jest w fazie asolutnego buntu żarciowego! Akceptuje tylko suche ziemniaki w ilościach liczonych hektarami, frytki, bułki z pasztetem lub serkiem, jeśli nie ma bułki to może być (w ramach litości nad biednymi rodzicami) chleb(!!!) oczywiście też z pasztetem lub serkiem. No i nie zapominajmy o parówkach, jednak ostatnio przeszła aktualizacja i parówki już nie są takie super, żeby je kochać miłością prawdziwą po wsze czasy.

Zrobiłam! Wołam go, że już gotowe. Przychodzi: “Ale nie na amen”. Zalewa mnie pierwsza fala. Rozdzielam bułę, rozsmarowuję serek, co by było pięknie i nie doczepił się, że nie dojechałam tego milimetra do krawędzi, przekazuję młodzieży talerz i PUFFFF: “Nie cem bułki, cem parówkę”. Dziękuję. Kurtyna.

Dobra.. pozostańmy jeszcze w tematyce jedzenia. Mamy taką zasadę, że gotujemy na dwa dni. Jest to dla nas wygodne i sprawdzone. Za tą zasadą idzie kolejna, która mówi, że co drugi dzień na salony wjeżdża zupa. No to jako przykładna matka w głowie mam plan na zupę. Oczywiście z ZIEMNIAKAMI! No heloooł! Nalewam do talerza, wołam tę moją latorośl. Leci podjarany, że zupa, że z ziemniakami, siada. Chwila konsternacji, ja wstrzymuję oddech, wziął jedną łyżkę. Odetchnęłam z ulgą, że zje…! “Nie ce zupy z ziemniakami, ce z makaronem”. Idę pakować walizki!

Zjedli? To dobrze. Nie zjedli? Zgłodnieją to zjedzą.

Czas na zabawę, a właściwie na ciągłe przepychanki z siostrą. Nie to, żeby ona była mu dłużna, nie nie. Nic z tych rzeczy, z niej taki sam dobry gagatek, jak starszak. W końcu uczy się od mistrza 😉 Puzzle, klocki takie, srakie, owakie. Budujemy pałac, nie! garaż! nie! jednak pałac! albo nie! wieżę! Oesuuuuuu trzymajta mnie. Nieeeeeee Haniaaaa! Hania zabiera! Nie chce już kloców, układam tory. Ciu, ciuuuuuu pociąg ze Zduńskiej Woli zaraz Wam spier… ucieknie! Kurde niech ten pociąg poczeka, już mam przcież spakowaną walizkę, wypierdzielam w Bieszczady!
Żeby nie było! To były pierwsze dni kwarantanny. Jak jest teraz? Nie cem kloców, nie cem puzzli. Jade traktorkiem! Hania ma straż pożarną! Nie cem już traktorka, Hania masz, daj straż! – Synu, a może pokolorujemy coś? Taaaaaaaak! 3 minuty później: Nie cem jus. Tańczymy. Śpiewamy. Mamo zmęczyłem się. Na rączki. Cuda wianki.

Jednak nie zapominajmy, że jesteśmy tylko ludźmi i czasem po prostu wysiadamy. Czasem tak najzwyczajniej w świecie nam się nie chce. Bywają dni, że wstaję i czuję, że to jeden z tych dni, których nie lubimy mieć, ale musimy się z tym pogodzić, że one po prostu są. To właśnie w te dni do większości rzeczy się zmuszam, ale pozwalam sobie też na nicnierobienie, jeśli to możliwe, i włączam dzieciakom bajkę. Wiadomo, że kontroluję to co oglądają. Nie puszczam wszystkiego jak spod siekiery byle mieć spokój. Staram się siedzieć z nimi i komentować na bieżąco co się dzieje w bajce. Jakby nie patrzeć to też jakiś rodzaj nauki. Starszak powtarza coraz więcej słów, łapie wszystko w locie, więc pilnuję, żeby poprawnie powtarzał słowa, które słyszy. Pilnuję tego, ponieważ nie wszyscy wiedzą, ale mamy stwierdzony opóźniony rowój mowy i przygody z logopedą, o których pisałam tutaj. Niedługo pojawi się kolejny post związany z mową mojej młodzieży 🙂

To jest ciężki czas dla każdego z nas. Każdy to przeżywa inaczej, bo ma inne potrzeby. Jednak normalną rzeczą jest, że czasem po prostu potrzebujemy coś olać i się nie przejmować. Wiadomo, że matka nie oleje swoich dzieci nie robiąc im obiadu, czy nie zmieniając pampersa 😉 Chodzi mi o takie przyzwolenie sobie na dzień lenia, na puszczenie bajek, na swobodną zabawę z kontrolowaniem, żeby się nie pozabijały 😉 Myślę, że żadna z nas nie straci przez to w oczach swojego dziecka, nie wpisze Wam wielkiego minusa w e-dzienniku, że nie wymyśliłaś kolejnej mega superhiperekstra kreatywnej zabawy. Nie dajmy się zwariować w tym zwariowanym czasie.

Jestem pewna, że kiedyś ten cały szał minie i wszystko wróci do normy. Jednak wydaje mi się, że my już nie będziemy tacy sami, bo dużo się zmieni. Wielu z nas przewartościuje swoje życie, przemyśli, wyciągnie wnioski. Wiele też nie zrobi z tą wiedzą nic. Jednak uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Może to jest szansa. Szansa na nie przegranie swojego życia? A może to szansa na oswojenie szympansa? 😉 Tak pół żartem, pół serio zastanawiam się bardzo nad tym jak to będzie. Jak to będzie, kiedy wszystko wróci do jako takiej normy, a przede wszystkim kiedy to nastąpi…