Ostatnim postem, który napisałam otworzyłam wrota wspomnień. Wspomnień nie tylko moich, ale też kobiet, z którymi znam się głównie z Instagrama, ale nie tylko. Możesz wrócić do tego posta klikając tutaj.

Czytając wszystkie te historie, które mi pisały, w głowie mojego męża zrodził się pomysł, żeby je wszystkie spisać. Podchwyciłam to i zaczełam kombinować. Efektem tych kombinacji będzie cykl “Historii zwykłych kobiet”.

Chcę żeby były głosem każdej kobiety, która czuje się źle z samą sobą, która ma wrażenie, że tylko ją to spotyka lub spotkało. Mam nadzieję, że pomożemy wielu kobietom.

Autorkom natomiast chciałabym z tego miejsca serdecznie podziękować za zaufanie.

Tyle głosem wstępu, bo poniej czeka już pierwsza historia, nad którą warto się pochylić.

“Chciałabym móc opisać historię, która będzie potwierdzeniem słów, że ciąża i poród to taki piękny czas w życiu kobiety, takie cudowne uczucie i takie tam. Ale nie mogę tego napisać bo nie posiadam takich pięknych wspomnień.

O ile ciąża przebiegła pomyślnie i w miarę spokojnie, o tyle poród i połóg zrewanżowały mi się za te 9 miesięcy względnego spokoju.

Dzidziusiowi chyba dobrze było pod sercem mamy, bo nie pchał się na świat. Było już cztery dni po terminie kiedy położyłam się wieczorem do łóżka, a on zaczął niesamowicie kopać. Wcześniej też lubił wieczorami urządzić sobie imprezy, ale tym razem się przestraszyłam. Pojechaliśmy do szpitala, a ja po drodze cały czas myślałam czy on się przypadkiem nie dusi.

Położyli mnie na patologii ciąży, podłączyli KTG, zrobili badania i okazało się, że wszystko jest ok. W szpitalu już zostałam, w końcu było po terminie. Po dwóch dniach zaczął się horror. Zaczęło się wywoływanie. Założyli mi balonik, czy inne ustrojstwo, przeszłam na salę przedporodową i podłączyli mi oksytocynę.

To co miałam założone po pewnym czasie pękło, więc wezwałam położną, a ona zapytała po co jej zawracam dupę. I poszła. Po około sześciu godzinach zaczęło mnie wszystko boleć i zaczęłam dostawać skurcze. Położne były z piekła rodem. Kazały mi leżeć cicho i nie zawracać tyłków “…bo paniusię boli!. Ma boleć!”. Chyba nigdy przedtem nie czułam się tak upokorzona jak wtedy.

Nie będę tutaj opisywać jaki czułam ból, bo można to sobie wyobrazić. Rozwarcia ZERO. Po dobie (oczywiście nieprzespanej) zabrali mnie na salę porodową. Po kolejnych godzinach, podczas których miałam zaniki świadomości, państwo wielcy medycy zdecydowali się łaskawie zrobić mi cesarkę, bo skurcze miałam co minutę, a rozwarcia 3cm. Wcześniej mój mąż wyszedł na chwilę na korytarz i nie wiem czy wtedy nie dał im w łapę żeby mi tą cesarkę wreszcie zrobili.

Anestezjolog gdyby mógł, to by mnie chyba zabił za to, że przeze mnie musiał przerwać swój błogi sen. Położna szarpała mną podnosząc z łóżka tak, że mąż miał już łzy w oczach. O 23:41 przyszedł na świat nasz syn. Zdrowy. Pierwsze kilka godzin upłynęło spokojnie, bo położna na sali poporodowej była cudowna, a łóżko tak niesamowicie wygodne. Maleńki był piękny, kochany, cudowny i taki spokojny.

Ale później zaczęły się kolejne schody. Nie umiałam go nakarmić. Na oddziale położniczym pracowało chyba ze czterdzieści kobiet, jedna mądrzejsza od drugiej. Każda przychodziła ze swoimi mądrościami, mówiła że poprzednia powiedziała mi źle. A ja nadal nie umiałam go nakarmić. Stresowałam się, płakałam. Marzyłam już tylko o wyjściu do domu. Myślałam, że w domu już będzie lepiej, że już sobie sama poradzę.

Wyszliśmy. I co? Moja mama. Uparła się, że na kilka dni u nas zamieszka i pomoże. Wiedziałam, że mojemu mężowi to się nie podoba, ale nie miałam siły z nią dyskutować. I została na dwa tygodnie. Boże, jak ja żałuję, że od razu nie wystawiłam jej za drzwi. Owszem, była pomocna, ale ja przez te dwa tygodnie byłam tak rozwalona, rozpłakana i znerwicowana, że nawet mój mąż zaczął się tym irytować. Gdybyśmy od początku byli w domu sami z maluszkiem, wiem że na pewno szybciej stanęłabym na nogi bo nie miałabym wyjścia i być może, nie zdążyłby mnie ogarnąć ten cały baby blues.

Z karmieniem nadal miałam ogromne problemy. Znasz pojęcie “terror laktacyjny”? Doświadczyłam tego. “Jak to?!Co z Ciebie za matka jeśli nie potrafisz wykarmić swojego dziecka?! Jesteś ssakiem czy nie?!” – mówiły koleżanki. Wiesz jak się czułam? Mniej więcej tak jak wtedy na tej porodówce. Ale w końcu sama uświadomiłam sobie (i chyba zrobiłam to już resztkami woli życia), że muszę sama się z tym uporać, że ściągane laktatorem mleko matki, która prawie popada w depresję, wcale nie jest dobre dla dziecka i że mały, do cholery, musi coś jeść!

Po miesiącu od porodu zrezygnowałam z prób karmienia, zrezygnowałam z odciągania, zrezygnowałam z szukania porad u innych i przeszliśmy na butelkę. I wiecie co? Do naszego domu wreszcie zawitał spokój. Synek był najedzony, zdrowy i szczęśliwy, ja spokojniejsza i razem z mężem mogliśmy znowu na siebie patrzeć. 

Za dwa tygodnie mały skończy trzy lata. Nie wiem kiedy to zleciało, ale to były cudowne trzy lata z bardzo mądrym, pełnym niesamowitych pomysłów, kochanym łobuziakiem. Czy chciałabym wymazać z pamięci poród i początki? Tak. Czy myślimy o rodzeństwie dla niego? Tak. Ale będę o wiele mądrzejsza.”

To tyle i aż tyle. Z tą historią Was zostawiam…