O dziecku myśleliśmy długo, jednak nasza sytuacja materialna nie pozwalała nam na to, żeby zacząć starania krótko po ślubie. Kiedy już nadszedł ten czas, kiedy mogliśmy sobie na to pozwolić, zaczęły się problemy. Nie mogłam zajść w ciążę. Okazało się, że musiałam zacząć brać leki, żeby skrócić cykl menstruacyjny, który sięgał nawet 56-ciu dni i dodatkowo brałam też leki na “podkęcenie” owulacji. Staraliśmy się pół roku, ale dzięki tym tabletkom udało się zajść po miesiącu ich zażywania.

Ciąża przebiegała prawidłowo, ale wkońcu nadszedł czas rozwiązania. Wtedy zaczęły się schody. Ciągły brak rowarcia, ukończony 39 tydzień, co skutkowało “położeniem się” do szpitala na obserwację i obowiązkowe KTG. Mój lekarz był typem dmuchającym na zimne. Z dwojga złego lepiej w tę stronę niż miały na wszystko lać ciepłym moczem. Pierwszy tydzień w szpitalu leżałam jak na wczasach. Bez wenflonu, tak po prostu tylko tam byłam. Taka statystka 😉 Za każdym razem na obchodzie pytali tylko czy coś mnie boli i czy mam skurcze. Nic nie bolało, skurczy brak. No to czekamy. No bo przecież to pierworódka! Idealne wymiary miednicy, stworzone do rodzenia. A mnie krew zalewała, hormony i emocje buzowały, ryczałam i wku*wiałam się na zmianę.

Dopiero po przeleżanym tygodniu zaczęli wywoływanie. W niedzielę się nie udało. Spędziliśmy cały dzień na porodówce, po czym wróciłam z powrotem na patologię ciąży. W poniedziałek wieczorem przyszedł czas na sławetny “balonik”, którego nie byli w stanie mi założyć, bo nie mieli odpowiednio długiego wziernika, a szyjka macicy była mocno z tyłu. Próbowali dwa razy. Wyszłam z zabiegowego okrakiem, zapłakana, zakrwawiona i opuchnięta tam na dole, gdzie nawet siku przychodziło z wielkim bólem . Kolejna próba… wtorek z samego rana. “Na pewno urodzisz! Ten pasek daje 99% skuteczności!” Ja i dziewczyna z sali obok miałyśmy go założonego o tej samej porze. Urodziła o godzinie 18-tej. Ja byłam tym jednym procentem…

Lekarz dyżurujący zadzwonił do mojego prowadzącego i zgodnie ustalili, że na drugi dzień z rana cesarka. Zeszłam z porodówki, wykąpałam się, zjadłam kolację i położyłam się spać. Załamana. Czułam się jak “niekobieta”. Zawiodłam. Zawiodłam siebie, męża…wszystkich. Co ze mnie za kobieta, skoro nie jestem nawet w stanie normalnie urodzić!? Byłam rozbita psychicznie i fizycznie. Mąż pojechał do domu. W między czasie, jak już leżałam, zaczął mnie boleć brzuch. Na podpasce pojawiła się krew. Położna stwierdziła, że to może być skutek badania ginekologicznego. Brzuch nadal bolał. Dawid zaczął się mocno rozpychać. Nie tak jak zawsze wieczorem. Inaczej. Napisałam do męża smsa, że coś się dzieje, że coś jest nie tak. Wyłam jak bóbr i pisałam, że nie chce dziś rodzić. Nie mam na to siły, nie mam siły na ten ból już. Wszystko ze mnie zeszło. Wypompowali mnie z całej energii. I wtedy Dawid kopnął mnie tak mocno, że się przeraziłam. Kolejny raz było inaczej niż zawsze. Roztrzęsiona wstałam i poszło! Odeszły mi wody. Spektakularnie, jak pokazują w amerykańskich filmach. Od razu skurcze tak się nasiliły, że ścięło mnie z nóg. Ledwo sięgnęłam do przycisku wzywającego położną.

Wylądowałam na porodówce. KTG szalało. Surcze jak nasze Tatry i Karpaty razem wzięte, a rozwarcia zero! Lekarz miał nie tęgą minę. Wybiegł z sali, potem wrócił, a ja wpadałam powoli w panikę. Rejesrowałam zręby informacji. Lekarz powiedział, że wody były zielone i nie ma na co czekać, bo może dojść do niedotlenienia. Potem już była szybka akcja. Anestezjolog. Znieczulenie i za chwilę usłyszałam jego płacz. Płakałam razem z nim. Zobaczyłam tylko białe wręcz platynowe włoski i go zabrali. Modliłam się, żeby wszystko było dobrze. Asystentka anestezjologa wiedziała jak bardzo się boję i co chwilę chodziła do sali obok sparwdzać co się dzieje. Przychodziła i mówiła mi wagę, ile ma centymetrów i na koniec przyniosła najważniejsze… 10/10.

Wywieźli mnie z sali operacyjnej. Na korytarzu stał Seba. Wziął mnie za rękę i powiedział: “Jest śliczny. Dziękuję Ci.”. Minęły już 3 lata, a ja pisząc to, nie widzę monitora. Przerwa…

…przynieśli mi go później do karmienia, ale wszystko dopiero miało się zacząć. I zaczęło się następnego dnia.

Poszłam sie wykąpać. W lustrze nie mogłam na siebie patrzeć. Jak tylko spojrzałam, pałkałam. Nie mogłam znieść swojego odbicia. Czułam się beznadziejna. Czułam, że zawiodłam na całej linii. Czułam, że nie zasługuję na miano matki. Przecież nie urodziłam! Wyciągnęli go ze mnie! Tyle walki, starań, prób… tyle męczarni i wszystko na nic! Nie urodziłam. Nie podołałam zadaniu, które jest nam, kobietom przypisane od urodzenia.

Wszystko robiłam jak automat. Przewijałam, karmiłam, ubierałam, tuliłam, ale wszystko bez przekonania. Patrzyłam na niego kiedy spał. Patrzyłam i miałam łzy w oczach. Kiedy Sebastian przychodził w odwiedziny, to wzruszał się patrząc na niego, przytulał też mnie, ciągle dziękując. Kurde, za co!? Przecież ja nic nie zrobiłam oprócz donoszenia, a nawet przenoszenia do 41 tygodnia! Tak właśnie się czułam.

Teraz wiem, że to był właśnie baby blues, który na szczęście nie przerodził się w depresję poporodową. Tylko i wyłącznie dzięki wsparciu męża! Nikt mi tak nie pomógł, nie próbował zrozumieć jak on! Nikt!

Taka zła passa, mój zły i ciężki czas trwał około pół roku. Czułam się sfrustrowana wszystkim… totalnie wszystkim. Tym, że nie mogłam uśpić Dawida, a Seba to robił w minutę. Tym, że tak bardzo się starałam, a i tak nic się nie udawało. Tym, że byłam na tyle nieogarięta, że przez 6 godzin nie potrafiłam zrobić obiadu, żeby Seba mógł normalnie zjeść po powrocie z pracy. Było cholernie ciężko! I wiecie co? Z perspektywy czasu wiem, że to nie ja miałam ciężko! To Sebastian miał ciężko, bo musiał ogarniać totalnie wszystko.

Wstydzę się tego dzisiaj. Ale nie tego, że nie urodziłam naturalnie, co wtedy było dla mnie numerem jeden. Wstydzę się tego, że nie potrafiłam się wziąć w garść, że nie potrafiłam od początku dać Dawidowi tyle czułości, na ile zasługiwał.

Z Hanią było inaczej, ale to opowiem innym razem…

Jednak jest jedna rzecz, której się nigdy wtydzić nie będę. Nigdy! Nie będę wstydzić się tego, żeby mówić o tym głośno, że miałam takie problemy. Nie wstydziłam się o tym powiedzieć znajomym, z czasem też rodzinie i nie wstydzę się tego powiedzieć teraz publicznie. Ludziom, których znam tylko ze świata wirtualnego albo nie znam jeszcze wcale. Wiem, że warto o tym mówić głośno, bo wiem, że nie jestem jedyna, która borykała się z baby bluesem. Wiem, że warto o tym mówić głośno, bo dzięki temu można wielu osobom, kobietom pomóc. Dać duchowe wspacie, dać poczucie, że nie są jedyne, że takie rzeczy się zdarzają. I to wcale nie oznacza, że jesteś gorsza! Nie! Ty sama siebie skreślasz i dołujesz! Nie warto!

Zapamiętaj jedno. Bez względu czy miałaś baby blues, depresję poporodową, czy jesteś matką, czy nie. Jesteś wyjątkowa, jedyna i niepowtarzalna. Bądź taka zawsze. Jesteś najlepsza i robisz świetną robotę tym, że żyjesz tak jak tego chcesz! Tak, jak potrafisz nalepiej. Nie obwiniaj się za nic. Nigdy!