Wzięliśmy cieżki temat na warsztat. A właściwie to ja. Jak obwieściłam to Sękowi, jego mina była wymowna. Od razu wiedziałam, że to będzie ciężkie.

Temat będzie dotyczył decyzycji o drugim dziecku.

Moim marzeniem zawsze było posiadanie trójki lub czwórki dzieci… ale wiadomo, że życie pisze różne scenariusze, a i ludzie się zmieniają, bo ponoć tylko świnia nie zmienia decyzji i poglądów 😉

Kilka miesięcy przed pierwszymi urodzinami Dawida, powrócił temat drugiego dziecka. I tak jak chciałam mieć drugie dziecko, tak strasznie się tego bałam. Spokojnie mogę stwierdzić, że to było wręcz przerażenie.

Odwlekałam ten temat jak mogłam najdłużej, ale mąż drążył. Przez myśl nawet mi przeszedł chwilowy pomysł powrotu do pracy. Jednak wiedziałam, że to będzie ciężkie z racji tego, że wtedy w okolicy nie było żadnego żłobka, gdzie i tak nie chcieliśmy syna oddać, a rodzinę mamy 120 km od siebie, więc na pomoc babci lub cioci nie mogliśmy liczyć.

Tak więc, myśl o powrocie do pracy sama rozpłynęła się w wieczystej otchłani.

Dlaczego tak strasznie bałam się drugiego dziecka? Bo obawiałam się, że powtórzy się to co działo się po urodzeniu syna, ale to temat na inny post… również z kategorii ciężkich.

Na samą myśl o tym, że zajdę w drugą ciążę wyłam jak bóbr… ze strachu! Ale Seba nie odpuszczał. Stosował bardzo racjonalne i konkretne argumenty, z którymi się w pełni zgadzałam i przyznawałam mu absolutną rację.

Starania mieliśmy zacząć już latem. Dawid roczek skończył w październiku. Ale byliśmy dość niesystematyczni i to z mojej winy…

Ale jak już urodziny minęły, to wiedziałam, że przed tym nie ucieknę.

Tak… traktowałam to właśnie jako coś, przed czym można uciec… ale “poddałam się”. Wiedziałam, że jak nie teraz to później coraz ciężej będzie się zdecydować na babranie w pieluchach.

No i pykło…test zrobiłam w ten sam dzień co z Dawidem 😉

Czy żałuję? Absolutnie nie!! Kocham ją nad życie. Tak samo jak Dawida!

To była dobra decyzja, pomimo tego, że jest cholernie ciężko, to wiem, że teraz tak musi być, żeby później było lżej.

Sęk w tym, że…

… decyzja o drugim dziecku… kogo była? Bardziej moja niż jej. Tak. Naciskałem. Ona nie chciała. Przynajmniej nie tak szybko. A ja uważałem, że różnica dwóch lat jest idealna. Pamiętam swoje dzieciństwo z bratem. I mimo, że czasem laliśmy się, to miło było mieć kompana do zabawy. Razem zawsze raźniej, tym bardziej, że w domu było jak było.

Ponadto moja żona to straszna panikara. Mocne słowo? Być może. Ale pasuje do niej idealnie. Dlatego też, czasem trzeba jej pomóc podjąć decyzję, choćby brutalnie. Bo nigdy nie byłby dobry czas. Zawsze byłoby jakieś “ALE”. A to brak pieniędzy, a to praca, a to to, a to sramto.

Tak. Ja wiem. Kobieta więcej poświęca. Poświęca część swojego życia by urodzić i zająć się maluchami. I ja jestem żonie za to cholernie wdzięczny.

Jakie miała jeszcze obawy? Bała się drugiego dziecka przy naszym wichrze, naszym tajfunie. O Dawida chodzi. Bała się, że sobie nie poradzi. A jak wychodzi? Różnie, ale lepiej niż się spodziewała. Strach ma wielkie oczy, który okazał się być małą myszką. I tak szczerze? Madzik bardziej ogarnia dwoje dzieci niż jedno. Tym bardziej, że po urodzeniu Młodego miała ciężki czas.

Jeszcze jednym argumentem na szybkie drugie dziecko był nasz wiek i problemy z zajściem w pierwszą ciążę. Trochę łez wylała. Biologii nie oszukamy. Im dalej to byłoby trudniej. Tak uważam. I gdy tak patrzę na nią to myślę, że nie żałuje tej trudnej decyzji. A kiedy przychodzi zmęczenie, zniechęcenie, nerw i wszystkie inne uczucia, dostaje jedną małą rekompensatę w postaci czterech górnych zębów wyszczubionych podczas uśmiechu. Uśmiech Haneczki. Nasze lekarstwo. A pomyśleć, że kilka centymetrów i mogłoby jej nie być…